piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział 4 - Pułapka

Siedzę na brzegu kanapy i czekam na godzinę dwunastą. Telewizor jest włączony na odpowiednim kanale. Za chwilę cały dom schodzi się do salonu i wyczekuje wydarzenia razem ze mną. Wszystkim serce bije sto razy szybciej.
Po reklamie słyszymy głos komentatora, który zapowiada przemówienie Pani Prezydent. Wielka dama wychodzi. Ubrała się w piękną burgundową sukienkę. Jest dość niska i pulchna. Patrząc na nią, mi niczego nie brakuje.
Staje przed mikrofonem i zaczyna :
-Jestem bardzo dumna z tego, że mogę polepszyć nasze Panem i zlikwidować błędy, które wcześniej popełniła Paylor. Dziękuje wszystkim, że głosowali na mnie, gdyż to było godne posunięcie.
Mam wielką nadzieję, że zadowolę każdego mieszkańca wszystkich zakątków naszego państwa. Dzięki mnie, zmienimy je na lepsze.

Wszyscy czekamy na głębsze wyznania Rebecci, ale słyszymy tylko podziękowania i ich uzasadnienia.
Gdy wszyscy myślą, że to już koniec przemowy, dodaje :
- Już wcześniej myślałam nad dodaniem kilku reform na wstępie. Mamy wystarczająco dużo czasu. Jestem pewna, że nikt nie będzie zawiedziony.
Otóż razem z mężem uznaliśmy, że dla bezpieczeństwa wszystkich obywatelów, odetniemy drogi przemieszczania się po innych dystryktach. Ułatwi to funkcjonowanie urzędów. Unikniemy wszelkich rodzajów nieporozumień.
Uproszczając - jeśli jesteś w dystrykcie, to już nie możesz się z niego ruszyć. Chybaa, że dostaniecie ode mnie specjalnej zgody.
Myślę, że postąpiłam słusznie i wszyscy są zgodni ze mną.

Telewizor wyłącza Gale'a. Nie chce więcej słuchać tej jędzy. Ale tak jak i my.
Peeta wyszedł z pokoju i pobiegł na górę. Ja za nim. Nie pukając do pokoju, wbiegam i ląduje w jego objęciach. Kocham go mimo jego niektórych faz osaczenia. Wiem, że tylko ja mogę go uspokoić. Uwielbiam jego namiętne oczy, one potrafią wszystko... Gdy ma siły coś powiedzieć, szepcze do mojego lewego ucha :
-To...pułapka Katniss.
Ja to wiem. Całuje go i szepcze mu :
-Mamy szanse jeszcze uciec do domu.
Peeta weryfikuje propozycję i zgadza się, że to świetny plan. Nie wszystkie tory pociągowe zostały odcięte.
Gdy jesteśmy już w progu, biegnę do Gale'a i mówię mu o wszystkim.
A potem odpowiada :
-Trzymajcie się.
Biorę te słowa do serca i idę do męża. Jest bardzo zaniepokojony. Straciliśmy godzinę, ale pewnie Universe nawet jeszcze nie skończyła przemówienia.
Śnieg przestał padać, ale i tak pogoda była nieprzyjemna. Skręcamy w jedną uliczkę. Potem w drugą.
Wciąż myślę o tych znakach na blokach. Widze je w oddali. Niebieski Kosogłos. Peeta patrzy mi w oczy i pokazuje smutny uśmiech. Czasem naprawdę się cieszę, że go mam.
Wiele razy prosił mnie o dzieco, ale ja nie jestem gotowa. Nie wiem czy kiedykolwiek będę. Teraz widzę prawdziwy uśmiech nas obojga, bo w oddali widzimy stację...Gdy myślimy, że jest już blisko...
Kontakt wzrokowy z Peetą, odcina mi czyjaś ręka. Słysze krzyki i miotanie się. Nie mogę się uwolnić od...mocnego uścisku wysokiego mężczyzny...
Tak Peeta...to pułapka.

środa, 22 stycznia 2014

Rozdział 3 - Niebieski Kosogłos

Rozdział 3

Rozbicie było zamierzone. Ale w czym ma nam pomóc śmierć ? Przed czym chciała nas uchronić Perry ? Tego się oczywiście nie dowiemy. Ale ja i Peeta wciąż analizujemy zdarzenia i tylko domyślamy się kto mógł ją zabić. Na liście jest m.in. Rebecca Universe. To oczywiste, że dla władzy człowiek zrobi wszystko.
Tylko jest takie pytanie. Po co ?

Swoje przemówienie wygłosi jutro... o godzinie dwunastej. Pewnie wszystkie telewizory w Panem będą włączone na tym kanale. Nas też zżera ciekawość.
Siedzimy na dworcu i czekamy na Gale'a. Peeta bardzo się stresuje spotkaniem. Z resztą ja też. Od paru lat go nie widziałam. Nawet nie pisaliśmy ze sobą. Mam wyrzuty sumienia, ale jak bardziej się zastanowić to on mnie zostawił. Ale ja przecież też. Trzy razy go opuszczałam, a on mnie naprawdę kochał. Może często się raniliśmy, ale trzeba sobie wybaczać.
Wpatruję się w przestrzeń. Peeta musnął mnie w policzek pierwszy raz od wyborów. Nie może jeszcze w to uwierzyć...
W naszą stronę idzie wysoki mężczyzna i dwie inne małe osóbki. Nie mogłam uwierzyć, że ma dzieci, ale co się dziwić. Zawsze o nich marzył...
Przypuszczam, że wciąż nie może się nimi nacieszyć. Są piękne. Chłopiec i dziewczynka. Brunet i brunetka.
Idą bardzo nieśmiało i niepewnie. Pierwszy raz patrzę z takim zachwytem na maluchy.
Gale podchodzi do nas i najpierw wita się z Peetą. Zamieniają kilka słów i nawet się uśmiechają. Nie wiedziałam, że ich relacje są tak wspaniałe. A może Peeta chce mi pokazać, że się nie boi i teraz myśli, że jest lepszy. O nie... Mamy równe szanse, tym bardziej, że jestem jego przyjaciółką. Chyba. Jesteśmy oboje z Gale'm coś sobie winni. Jeszcze spłacę mój dług.
Po rozmowie z Peet'ą patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami i szczerzy zęby. Dużo się zmienił. Teraz inaczej patrzy na świat. Mówimy sobie zwykłe cześć. Peeta patrzy na mnie i oczekuje jakieś działania. Nie wiem o co mu chodzi, więc po prostu stoję i czekam na dalszą część spotkania.
Nagle Peeta się odzywa i mówi Gale'owi o naszej sytuacji. Bum, prezydent i rozpacz. W skrócie.
Nie ma nic przeciwko naszego nocowania. Nawet powiedział, że jego żona bardzo chciała nas poznać. Kibicowała nam na Igrzyskach...

Idziemy parę przecznic na wschód. Dzieci wpatrują się na nas jak na jakiś obcych. Skręamy w bardzo kameralną uluczkę.Przyglądam się pobliskim blokom. Peeta pociąga mnie za kaptur i pokazuje na drugi dom od lewej. Widać na nich wielkie i grube napisy :
'Tylko wy możecie powstrzymać RU...pokażcie jej, że nie jesteśmy bezradni'
Czytam to i czytam. Gale jest pięć metrów dalej i robi to samo. Peeta idzie bliżej. Dotyka ściany i spogląda na mnie.Ja również to robię, ale to co widzę kompletnie mnie szokuje.

Widnieją tam dziwne znaki. Coś w rodzaju mieszanki symbolów.
Do jednego nie mam wątpliwości. To z pewnością Kosogłos. Ale nie taki zwykły. Jego skrzydła płoną niebieskim ogniem, a na głowie widnieje srebrna korona. Jego dziub jest otwarty. Jakby chciał coś nam powiedzieć.
-Co to ma znaczyć ? - szepcze Peeta.

-Pewnie szykuje się... wojna... - mówimy jednocześnie

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 2 - Wolność to przeszłość

Rozdział 2

Rebecca na prezydenta. No kto by pomyślał, że ja mogę się tak zdenerwać. I jeszcze te rozbicie. Peeta również wpada w wściekłość. Zdziwiłam się, dlatego że on robi to tylko w sprawach poważnych.
Najgorsze jest to, że doszło do zamordowania Perry. Oczywiście nie oskarżają o to innych kandydatów, tylko przypadkowych terrorystów.
Lecimy helikopterem. Jest zimno i nieprzyjemnie. Atmosfera w pojeździe z resztą też. Peeta patrzy w przestrzeń i czasem tylko zerka na mnie. Dawno się nie uśmiechał. Myślę, że tylko on widzi te wszystkie okropne skutki wyborów. Ja wolę o tym nie myśleć. Ludzie obok nas tylko wpatrują się w nas. Ciekawe co sobie myślą w związku z wyborami. Może byli za Paylor i teraz nie wiedzą co ze sobą zrobić. Zwłaszcza że są bardzo ubodzy.
Dolatujemy do drugiego dystryktu. Tu też pada i wszędzie krąży niemiła atmosfera. W oddali widać kilku strażnikòw. Jednego z nich pamiętam. Był bardzo blisko z Paylor, ale tylko jako przyjaciele. Przecież miała męża i córkę. Przygląda się nam jakby chciał nawiązać kontakt wzrokowy. Gdy nasze spojrzenia się nachodzą, prosi mnie o przyjście. Zostawiam Peet'ę, żeby znalazł nasz bagaż, a sama idę szybkim krokiem do strażnika. Z tego co wiem nazywał się Greecee. Dziwne imię jak na mieszkańca Panem, ale to nie jego wina.
Witamy się, a on daje mi tylko kawałek papieru. Chce, żebym go odczytała w tej chwili, bo też jest ciekaw co jest zapisane. Wyprostowuję go i czytam...

'Jeśli nie zgineliście w katastrofie samolotu... to macie się trzymać do końca. Liczę na was.'
Perry Paylor

Rozdział 1 - Nadzieja

Rozdział 1

Leżę. Czekam na pomoc. Jest mi zimno.
Dosłownie.
Wraz z Peet'ą chcieliśmy wybrać się do Kapitolu na zakupy. Kupić meble, może jakieś krzesła i stół. Tam są najlepsze sklepy - on tak uważa. Ja się nie znam na takich sprawach, ale ufam mu, że ta podróż nie będzie na darmo. Chciałam pojechać z nim. Nie lubię sama zostawać w domu wraz z Haymitchem i jego bimbrem obok. Czasem przychodzi i użala się co jest z nim nie tak. Peeta daje mu rad, ale ja uważam, że on nigdy się nie zmieni. Po prostu. Pijak i tyle. Najczęściej idę do pokoju na górę z pretekstem, że źle się czuję. Czasem podsłuchuje ich rozmów. Zawsze gadają o tym samym. Dziewczyna. Ale kto by chciał z  nim chodzić lub broń bożę ożenić ? Ja z pewnością nie, nawet jakby przestał pić. Rany pozostają.
Teraz gdy tak siedzę, rozmyślam czy znowu do nas przyjdzie i będzie znowu gadał o swojej sytuacji życiowej. Że nie zauważył jej pięć lat temu ? Czasem wolę się do niego nie przyznawać.
Ale tego na razie się nie dowiem. Nasz samolot się rozbił. A my razem z nim. Na szczęście mieliśmy miękkie lądowanie. Ja, Peeta i dwudziestu innych pasażerów czekamy na helikoptery ratownicze. Zawiozą nas do najbliższego dystryktu. W tym przypadku do Drugiego. Chciałam odwiedzić Gale'a, ale nie w takich okolicznościach. Miejmy nadzieję, że zaprosi nas na noc, bo nie mam zamiaru wracać o godzinie dziewiątej wieczorem do domu. Teraz, po rewolucji można przemieszczać się z dystryktu do dystryktu za niewielką opłatą. Możliwe, że tą ustawę zmieni nasz nowy prezydent. Paylor zmarła na raka mózgu parę dni temu. Peeta denerwuje się, że nowym władcą może stać się bezwzględna córka wnuczki Snowa - Rebecca Universe. Ale nie ma wielkiej przewagi nad córką Paylor. Jeśli zostanie ona nowym prezydentem, będziemy mogli żyć w uldze. Uważała swoją matkę za autorytet.

Peeta siada obok mnie i mówi mi o obecnej przewadze Perry Paylor. Trzy procent. Oby taki stan został do końca wyborów. Patrzy na mnie. Jak wiem o co mu chodzi, kiwam głową, a on idzie do samolotu. To jasne, że chciał zobaczyć jeszcze raz stan wyborów. Jeśli, któryś z kandydatów będzie miał przewagę dziesięciu procent, bezapelacyjnie zostaje głową naszego państwa. Ja się nie denerwuje, bo wiem, że połowa Panem kochała prezydent Paylor i na pewno będzie za jej córką.

Śnieg prószy. Ja wciąż siedzę i czekam na pomoc. Nagle widzę pięć nadlatujących, czarnych helikopterów. Ich śmigła robią miły wietrzyk na moich polikach. Mimo że jest zimno, mi jest dobrze, bo wiem, że jestem bezpieczna.

Peeta wychodzi z samolotu i idzie powolnym krokiem. Jakby chciał zwlekać z powiedzeniem mi o czymś. Patrzę na niego, a on na mnie. Wreszcie siada. Jego oczy mówią mi wszystko.