poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 1 - Nadzieja

Rozdział 1

Leżę. Czekam na pomoc. Jest mi zimno.
Dosłownie.
Wraz z Peet'ą chcieliśmy wybrać się do Kapitolu na zakupy. Kupić meble, może jakieś krzesła i stół. Tam są najlepsze sklepy - on tak uważa. Ja się nie znam na takich sprawach, ale ufam mu, że ta podróż nie będzie na darmo. Chciałam pojechać z nim. Nie lubię sama zostawać w domu wraz z Haymitchem i jego bimbrem obok. Czasem przychodzi i użala się co jest z nim nie tak. Peeta daje mu rad, ale ja uważam, że on nigdy się nie zmieni. Po prostu. Pijak i tyle. Najczęściej idę do pokoju na górę z pretekstem, że źle się czuję. Czasem podsłuchuje ich rozmów. Zawsze gadają o tym samym. Dziewczyna. Ale kto by chciał z  nim chodzić lub broń bożę ożenić ? Ja z pewnością nie, nawet jakby przestał pić. Rany pozostają.
Teraz gdy tak siedzę, rozmyślam czy znowu do nas przyjdzie i będzie znowu gadał o swojej sytuacji życiowej. Że nie zauważył jej pięć lat temu ? Czasem wolę się do niego nie przyznawać.
Ale tego na razie się nie dowiem. Nasz samolot się rozbił. A my razem z nim. Na szczęście mieliśmy miękkie lądowanie. Ja, Peeta i dwudziestu innych pasażerów czekamy na helikoptery ratownicze. Zawiozą nas do najbliższego dystryktu. W tym przypadku do Drugiego. Chciałam odwiedzić Gale'a, ale nie w takich okolicznościach. Miejmy nadzieję, że zaprosi nas na noc, bo nie mam zamiaru wracać o godzinie dziewiątej wieczorem do domu. Teraz, po rewolucji można przemieszczać się z dystryktu do dystryktu za niewielką opłatą. Możliwe, że tą ustawę zmieni nasz nowy prezydent. Paylor zmarła na raka mózgu parę dni temu. Peeta denerwuje się, że nowym władcą może stać się bezwzględna córka wnuczki Snowa - Rebecca Universe. Ale nie ma wielkiej przewagi nad córką Paylor. Jeśli zostanie ona nowym prezydentem, będziemy mogli żyć w uldze. Uważała swoją matkę za autorytet.

Peeta siada obok mnie i mówi mi o obecnej przewadze Perry Paylor. Trzy procent. Oby taki stan został do końca wyborów. Patrzy na mnie. Jak wiem o co mu chodzi, kiwam głową, a on idzie do samolotu. To jasne, że chciał zobaczyć jeszcze raz stan wyborów. Jeśli, któryś z kandydatów będzie miał przewagę dziesięciu procent, bezapelacyjnie zostaje głową naszego państwa. Ja się nie denerwuje, bo wiem, że połowa Panem kochała prezydent Paylor i na pewno będzie za jej córką.

Śnieg prószy. Ja wciąż siedzę i czekam na pomoc. Nagle widzę pięć nadlatujących, czarnych helikopterów. Ich śmigła robią miły wietrzyk na moich polikach. Mimo że jest zimno, mi jest dobrze, bo wiem, że jestem bezpieczna.

Peeta wychodzi z samolotu i idzie powolnym krokiem. Jakby chciał zwlekać z powiedzeniem mi o czymś. Patrzę na niego, a on na mnie. Wreszcie siada. Jego oczy mówią mi wszystko.




8 komentarzy:

  1. Ciekawe, czekam na kontynuację :D

    OdpowiedzUsuń
  2. *O*
    Czekam na kontynuację ;D
    http://natu-nata.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow. Czekam na dalszy ciąg. Choć z tym rozbiciem samolotu to troche ja LOST(serial). Pisz tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Boski rozdział <3 Czekam na next :)
    Szpileczka :*

    OdpowiedzUsuń
  5. :* czekałam na komek :D
    Jutro prawdopodobnie następny :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Peeta i Katniss przecież mieli dzieci, co się z nimi stało?

    OdpowiedzUsuń